Numer 12/00



Indiańscy Żydzi Równin (fragment)

Na obłożonym kocami pickupie Indianki sprzedają swoje wyroby Mężczyzna w pickupie, zwany Lewa Ręka, chce abym przywiązał się do swego samochodu. Jest środek nocy w rezerwacie Crow, tak ciemno, że równie dobrze mógłbym znajdować się na środku oceanu.

Crow zamieszkują rozległą, soczystą krainę. Ze względu na falista ą równinę, na której nie rośnie ani jedno drzewo Motana zwana jest Krajem Wielkiego Nieba. W dzień, w którą stronę nie podziwiać, mogę podziwiać jej rozciągające się kilometry, a nocą osłania mnie atramentowa ciemność.

Kraina ta jest mało zaludniona i patrząc w dal rzadko widać jakieś światło. Przez kwadrans widziałem jak zbliżają się w moim kierunku światła reflektorów. Lewa Ręka jakoś mnie odnalazł, zaraz jak skręcił w wąską ścieżkę, przecinającą morze szałwi.

- Opowiadał ci już ktoś o Żółtych Legginach? - zapytał poprawiając kapelusz i zapalając papierosa.

Schylamy się nad kuchenką kempingową i popijamy czarną, gorzką kawę. Około północy, jak nakazuje zwyczaj Crow musimy gościa czymś poczęstować. Zresztą w całej krainie Indian nie obejdzie się bez dobrej kawy. Lewa Ręka podstawia mi swoją filiżankę, abym ją napełnił i opowiada mi straszliwą opowieść o pewnym wojowniku Siuksów, który przed wiekami został zabity przez wojownika Crow i tylko w tym momencie nie ukrywa śmiechu. Gdy Lewa Ręka nagle wstał, przeciągnął się i wsiadł do swego pickupa byłem gotowy by jechać z nim.

- Gdybym był tobą powiesiłbym się, albo przywiązał się do swego samochodu, abym, jak on przyjdzie, nie uciekł stąd ze strachu - powiedział Lewa Ręka. Gdy Żółte Legginy przyłapie cię tutaj w ciemności będziesz wyglądał staro.

Witamy w Kraju Crow. Jestem oddalony około 25 mil od wioski Hardin w Montanie zamieszkałej przeważającej części przez białych, gdzie nikt nie przywiązuje się do samochodu, żeby odstraszyć duchy. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że biali zdobywcy, którzy napłynęli ze wschodu przyczynili się do klęski Crow jak i innych Indian (...)

Dom będący dla nich rodziną, którego symbol został przez białych zapomniany, podtrzymywany jest ze względu na respekt dla starszych i radość dzieci. Wśród całego szrotu leżącego przed domem są skarby, jest to niewyczerpalne źródło przydatnych im rzeczy, które "społeczeństwo wyrzucające śmieci" pozostawia (dodajmy, że chodzi tu o lud, który jest znany z tego, że potrafił wykorzystać każdy kawałek bizona). Biedna ziemia Crow jest piersią matki ziemi, bezcenna i święta, a jej zbezczeszczenie przez ostatnie czterdzieści lat przez chciwość i chęć zysków przedsiębiorców przemysłu węglowego jest dla starych duchowych zwyczajów życia Indian okropnością. O tak różnych ludach jak Indianie nie da się mówić w ten sam sposób, ale wszystkie plemiona połączone mają jedną cechę wspólną, uczucie, jakie darzą starą świętą ziemię, podczas gdy nie-indiańskie społeczeństwo wiruje wśród złości i zawiści do siebie.

Przybyłem tu ze względu na wielkie spotkanie Crow (Crow Fair). Cały długi tydzień stoi z tysiąc tipi, jedno przy drugim, tańczy się, śpiewa i spotyka ze starymi przyjaciół- mi. To wspaniałe uczucie stać otoczonym setką kolorowo pomalowanych tipi, z których wiele ozdobionych jest zwierzęcymi totemami, mającymi chronić rodzinę. Konie zastąpiły z czasem pickupy i motory (ale nie zawsze), a Crow coraz częściej noszą jeansy i T-shirty niż skórę i pióra. Niedaleko stąd jest miejsce gdzie zginął Amstrong Custer, a cała panorama tipi przenosi odwiedzających sto lat wstecz.

Dzisiaj na otwarciu festiwalu spotykają się Indianie z Północnej, Południowej i środkowej Ameryki. Grypy tancerzy w spektakularnych koralikowych strojach ozdobionych piórami, pieśniarze nagrzewający bębny, obciągnięte skórą. Przy zachodzącym już słońcu rodzina Czipewejów z Minnesoty rozdaje w swoim Imbisie tradycyjny dziki ryż, tuż obok Apacz Meskalero z Arizony obiera kaktusy, aby je później upiec. Cały tuzin zachęcających miejsc oferuje koraliki różnego koloru i rodzaju. Inni sprzedają śnieżnobiałe skóry z łani i grube skóry z niedźwiedzia brunatnego czy wilka, z których wykonywane są stroje. Powietrze wypełnione jest bębnieniem i dymem pieczonej żywności (...)

Mimo wszystko ja, biały, chudy żyd z Nowego Jorku czuję się tu wspaniale przyjęty. Być może czuję się tu szczególnie przyjęty mimo swoistego nastawienia Crow do innych ludów Równin. Czarne Stopy Walczą od pewnego czasu z Dakotami, razem zwalczają Szejenów, ale wszystkie zgodne są w swej postawie do Crow. Wśród Indian Równin Crow byli zawsze indywidualistami, znani ze swych napadów, kradzieży koni, swej przebiegłości w tropieniu i handlu z białymi intruzami. Wiele razy słyszałem jak Crow określali indiańskimi Żydami Równin. Do dzisiaj Czarne Stopy i Siuksowie ubrani w garnitury i krawaty, pomrukują coś pod nosem o swych sąsiadach Crow.

Szczytem upadku Crow w oczach innych Indian Równin była walka Crow po stronie gen. Custera podczas bitwy nad Little Bighorn 5 czerwca 1876 roku. Wojownicy Crow służyli Custerowi w 7 Pułku kawalerii jako zwiadowcy i zostali wybici razem z Żółtymi Włosami i niebieskimi kurtkami do ostatniego człowieka. Dziś pytani o to odpowiadają pół zdaniem, że oszukali Custera i sami zgotowali mu śmierć. Ale nikt z poza rezerwatu tego nie podziela i wszyscy wierzą, że Crow w najsłynniejszej bitwie Indian przeszli na stronę Custera (...)

Tegoroczny Festiwal Crow jest pierwszym tego rodzaju świętem od jego zwolnienia. Dzisiaj siedzi pod swoim tradycyjnym dachem z gałązek w centrum tipi, pije słabą kawę z blaszanego kubka, podczas gdy znajomi i dalecy krewni pozdrawiają go oddając mu w ten sposób honor.

- Wypociłeś się? - usłyszałem starszego mężczyznę. Co oznacza czy zbudowałeś szałas z gałęzi i kocy, rozgrzałeś kamienie do czerwoności, biłeś się witkami z trawy i modliłeś się, jak to czynią Indianie od niepamiętnych czasów.

- Dwa razy w tygodniu - dodaje Richard i śmieje się.

Podczas gdy Richard odpoczywa, jego żona, siostra i szwagierka przygotowują dużo potraw w wielkich blaszanych garnkach na metalowych rusztach na wolnym powietrzu. Ciemne i mocno spieczone steki, takie jakie Indianie najbardziej lubią, chili, puszki fasoli, ogromne placki, pieczone ciasto i tak dużo kawy, że małe zwierze mogłoby swobodnie w niej pływać. Zgodnie ze zwyczajem najpierw jedz ą mężczyźni a później kobiety. To moje trzecie odwiedziny w rezerwacie i nigdy nie widziałem, żeby mężczyzna smażył jajka czy mył talerz.

Richard chce teraz odpowiedzieć mi na pytanie o więźniów. Przerywa mu odgłos zardzewiałej rury wydechowej i pisk starych hamulców. Ze starego kombi wysiadaj ą dwaj bracia Richarda. Kennard, młodszy jest mały, poważny i nosi warkocze sięgające mu do pasa. W człowieku tym tkwi cała złość do białej Ameryki, którą Real Birds i Crow i w ogóle Indianie noszą w sobie. Gdy widziałem go po raz pierwszy, był tak wściekły, że pomyślałem, że opuściła go dziewczyna albo skradziono mu samochód. Ale drugi raz był tak samo wściekły i trzeci także. Tym razem również myślałem, że wyskoczy z siebie. Jak można na terenie Crow ciągnąć kable telefoniczne AT & T i nie płacić. Przypomina sobie jak Rząd, a nie samo plemię decydowało czego uczyć się będą w szkole dzieci i dalej; burzy się przeciwko bankom "oni nie pożyczają Indianom nic, niezależnie od tego ile pieniędzy mają". Znam na Zachodzie mnóstwo takich mężczyzn i kobiet jak Kennard, którzy tak się pienią z wściekłości i stoją paranoidalni, szaleńczo wyniośli. Ale oni przecież nie są tacy. Nie mogą znieść jak przedsiębiorcy lekceważąco traktują ich ziemię i nawet nie przychodzi im do głowy jak Sąd Federalny utrudnia Indianinowi sprzedanie swej ziemi jakiemuś innemu Indianinowi niż białemu. O znowu nie mogą nic powiedzieć, nie przerywając nudnej tyrady białych, którzy żyją w rezerwacie, a dzieci posyłają do "białych szkół".

Nieraz chciałem chwycić Kennarda za kołnierz i krzyknąć: "Nie zmieniaj tematu!" Ale przecież te wszystkie punkty tyczą się tematu. Dzisiaj Indianie żyją w kompletnym matrixie historycznej niesprawiedliwości, tak że właściwie ich wszystkie skargi wiążą się ze sobą. Nie wytłumaczone jest to, dlaczego o problemach Indian nie czytamy w gazetach i nie słyszymy w wiadomościach wieczornych. Coraz częściej po prostu nie daje się tego wyjaśnić w tak krótkim czasie.

Ludzie tacy ja Kennard dają ludziom z rezerwatu trochę więcej politycznej świadomości, o której wcześnie nie było mowy. Wieczorem, kiedy siedzieliśmy w szałasie potu, ciężko oddychając i nie widząc nic w ciemności Kennard mówił o tym kogo nazywa się prawdziwym Indianinem. Mężczyzna na prawo, kuzyn Kennarda opowiadał o tym jak pomógł pewnej rodzinie Crow postawić tipi i jak za swój wysiłek dostał 20 dolarów. Kennard siedzący na lewo ode mnie wybuchnął:

- Wziąłeś za stawianie tipi pieniądze? - ryknął. - Prawdziwy Indianin nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Ja zawsze stawiam tipi za darmo.

- Nosisz warkocz - odrzekł kuzyn, ale nie jesteś Indianinem. Z tego narodziła się zacięta kłótnia, kto jest prawdziwym Indianinem (...)

Ten drugi brat, który dzisiaj wyszedł z samochodu to Henry. Jest tak duży i silny jak Kennard mały i chudy. W przeciwieństwie do wściekłego i ponurego Kennarda to towarzyski gość o dziecinnym spojrzeniu. Henry jest postrzegany w rodzinie jak człowiek interesu. U niego mogą turyści pojeździć konno, a ponieważ został wychowany przez dziadków, jest strażnikiem świętych rodzinnych legend. Ten silny i rosły mężczyzna nigdy nie siedzi na miejscu i rzadko milczy. Natychmiast zaczyna ładować ciężkie tyczki do tipi na dach swego samochodu i zachęca wszystkich w zasięgu wzroku do pomocy, deklamując przy tym własne utwory. "Czego chcesz więcej od życia, z dobrym sercem, na dobrym koniu, zakochany." I nie zmieniając tonu: "Dan, człowieku, do niczego się nie nadajesz. Chodź i weź drugi koniec. Wiesz, że Hiszpanie wcale nie przywieźli nam koni. To jest podarunek od wody dla narodu Crow. Dlatego troszczymy się też o wodę. Teraz podaj mi linę." I tak dalej - potok poezji folkloru, rozkazów i dobrych rad.

Opowiedział mi jak kiedyś nad jeziorem, złożył mu symboliczną ofiarę, a ono w zamian pozwoliło u, by w miejscu gdzie chciał się przespać wyrwał drzewo razem z korzeniami. Gdy opowiadał mi tę historię zerkając spod ronda słomkowego, kowbojskiego kapelusza, mierzył mnie przeszywającym wzrokiem i czekał, kiedy mu przestanę wierzyć.

- Jezioro wyciągnęło się i przyjęło moją ofiarę - mówił dalej. - Mogłem śpiewać pieśń, która wygięła drzewo i wysłała je gdzieś razem z korzeniami. Dzisiaj rośnie ono na nowym miejscu. - I znowu to spojrzenie, jakby chciał powiedzieć "Myślisz, że jestem stuknięty?" (...)

Docinki są często plemiennymi żartami i mają miejsce często przy stole. Mężczyźni żartują nawzajem ze swoich kobiet i swojej męskości. Czasami trudno to zrozumieć komuś kto nie jest Indianinem. Crow opowiadają też wiele wspaniałych historii o drzewach, które rosną na rozkaz pieśni, o koniach, które wychodzą z wody i żartują przy tym tak, że roi się podejrzenie, że chcą kogoś nabrać. Indianie wiedz ą, że większość białych nie ma pojęcia, co sobie o nich myśleć i od razu nasuwa im się film "Tańczący z Wilkami". Noszą w sobie poczucie winy i romantycznych wizji szlachetnego dzikusa.

A Lewa Ręka? Gdy światła jego samochodu znikały w nocy pytałem siebie czy chciał naprowadzić mnie na lepszą drogę opowiadając mi o Żółtych Legginach. Moje oczy oślepione przez reflektory znowu przyzwyczajają się do ciemności. Na wschodzie blask księżyca oświetla groby mężczyzn z Siódmego Pułku Kawalerii, pochowanych w miejscu, gdzie polegli, co przypomina o wadze bitwy.

Po godzinie siedzenia w szałasie potu Real Birda czułem, że piekę się jak kurczak. Skóra swędzi mnie w śpiworze, a w powietrzu unosi się silny zapach szałwi. Jestem półsenny, odprężony i oczyszczony. Mój umysł jest światły.

Pogrążając się we śnie widzę gwiazdy, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Tej nocy mamy kryształowo czyste niebo, a moja głowa lekka od gorączki chce mnie do niego wznieść. Mógłbym szybować po nim, unieść się do gwiazd, gdyby tylko nie trzymała mnie pętla na nodze.


Artukuł pochodzi z czasopisma "MERIAN - Rocky Mountain", 6 Juni 1994

Tłumaczyła: Anna Matkowska
Redakcja i opracowanie: Wiesław "Niedźwiadek" Karnabal
Opracowanie wirtualne: Krzysztof "Żuczek" Kolba



Opracowanie wirtualne Absaroki nie zawiera pełnych tekstów. Są to większe, bądz mniejsze fragmenty. Nie zawiera tez wiekszości zdjęć. Opracowanie to ma na celu zachęcić do zakupu pisemka. Obecnie Absaroka jest wydawana dosyć nieregularnie ale coraz bardziej profesjonalnie. Niektóre egzemplarze maja ponad 20 stron.

Istnieje możliwość zakupu archiwalnych numerów Absaroki w cenie 3zł/egz. Chetnych proszę o kontakt pod adresem: kolba@interia.pl lub telefonicznie pod numer: 0 608487541