Moje teksty i tłumaczenia


"INDIAN WEEK" - WRAŻENIA Z POBYTU NA ZLOCIE
MIŁOŚNIKÓW KULTURY INDIAN W NIEMCZECH

WEEK w 1995 roku
W tym roku dzięki naszym przyjaciołom z Furstenwalde (wschodnie Niemcy) mieliśmy możliwość pojechania na "Indian Week" - największy na terenie wschodnich Niemiec zlot miłośników kultury Indian. Przeżycie było tak ogromne, że postanowiłem napisać dla Was relacje z tego pobytu.
Zanim o samym "Weeku" kilka słów o naszych przyjaciołach. Pierwszy raz pojechałem do nich w 1998 roku z grupą kilku przyjaciół z Polski. Zostaliśmy bardzo serdecznie przez nich przyjęci i ugoszczeni. Zaprosili nasz do szałasu potu, potem zadawaliśmy im mnóstwo pytań, a wieczorem była uczta i rozmowy do późnej nocy. Grupa ta liczy kilka rodzin. Sami wybudowali sobie domek w lesie z kominkiem i pokojami gościnnymi gdzie co weekend spotykają się aby pobyć z sobą, pogadać, wymienić doświadczenie, wyprawiać skory itp. Bardzo szybko zaprzyjaźniliśmy się z nimi i dzięki temu dostaliśmy zaproszenie jako goście na "Indian Week".
Na początek parę słów o organizacji tego spotkania. Na "Week" można przyjechać TYLKO na zaproszenie i nie indywidualnie ale z grupą. Na miejscu otrzymujesz komplet tyczek (zwykle okorowanych) oraz drewno na opal. Każde tipi ma swoje konkretne miejsce. Ponieważ teren zlotu był rezerwatem przyrody nie wolno było wchodzić do lasu. Ubikacje plastikowe, woda z cysterny, do mycia postawione były 2 duże namioty z płótna osobny dla mężczyzn i kobiet. Na terenie spotkania można chodzić tylko w strojach indiańskich, auta bezwzględnie na parkingu.
Organizowaniem corocznego "Weeku" zajmuje się specjalna organizacja (nie jeden człowiek), która zleca przygotowanie poszczególnych etapów różnym ludziom (miejsce, tyczki, woda, ubikacje itp.) Dzięki temu ciężar organizacji tak dużego spotkania (ponad 1000 ludzi, ok. 200 tipi) nie spoczywa na jednym człowieku (jak to ma miejsce w Polsce).
Pierwsze wrażenia może nie były tak ogromne, ponieważ przyjechaliśmy w strugach deszczu. Musieliśmy wyciągać tyczki i rozkładać swoje tipi, wiec nie było czasu na rozglądanie się. Ale kiedy godzinę później deszcz przestał padać ubraliśmy się w indiańskie stroje i poszliśmy na przechadzkę.
WEEK - 2000 rok
Widok oszałamiający. Dosłownie jakby się człowiek przeniósł w czasie o 200 lat. Ogromna przestrzeń - kilka, a nawet kilkanaście metrów odstępu od każdego tipi. Na środku placu jedno ze stowarzyszeń właśnie wyznaczało krąg wbijając młode brzózki i tańcząc na 4 strony świata. Obok nas przeszła 10 osobowa grupa obwoływaczy zapraszając na wielkie otwarcie następnego dnia.
Wchodząc między tipi czuło się niesamowity klimat. Żadnych osób ubranych po cywilnemu, żadnych współczesnych namiotów, żadnych aut, gdyż wszystkie stały na parkingu za górką. Co nas jeszcze urzekło to fakt, że mało kto siedział w tipi. W wielu miejscach porozkładane były na wpół otwarte tipi lub różnego rodzaju zadaszenia, gdzie przebywali uczestnicy. Kobiety gotowały tam lub wyszywały, mężczyźni spotykali się tam na rozmowach, oglądali książki itp. Do tipi chodziło się tylko spać. Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście do pobliskich indiańskich sklepów, gdzie można było kupić dosłownie wszystko. Od półproduktów takich jak: koraliki weneckie, muszle wszelkiego rodzaju, dzwonki, imitacje zębów łosia, quill lub nawet całą skórę z jeżozwierza, irchę cieniutką lub bardzo gruba na mokasyny, surową skórę na tarcze lub torby, skórki gronostaja, koce z Hudson Bay, a także gotowe wyroby: legginy wyszywane quillem, torby z koralików, suknie z irchy wyszywane starymi koralikami, bębny, parfleche, łuki, różnego rodzaju torebki oraz naprawdę ogromne ilości książek. Wszystko za odpowiednio spore sumy pieniędzy. Chodziliśmy tam prawie codziennie nie tylko żeby się napatrzyć ale aby zostawić tam całoroczne oszczędności.
Każdy dzień na Weeku był starannie zaplanowany. Pierwszego dnia odbyło się oficjalne otwarcie spotkania na głównym placu. Każdy ubrał się w swoje najbardziej odświętne stroje i naprawdę nie wiadomo było gdzie wlepiać oczy. Chodziliśmy jak oszołomieni podziwiając perfekcje wykonania strojów oraz ogromną różnorodność ozdób tancerzy. Na środku głównego placu stał trójnóg, do którego przymocowany był linami ogromny bęben średnicy chyba z 1,5 metra, wokół którego siedziało 10 najlepszych bębniarzy. Oprócz nich na placu były jeszcze 3 zespoły, które na zmianę wykonywały pieśni. Wszyscy siedzieli w kręgu a jeden człowiek (wodzirej) prowadził zabawę. Najpierw były tańce dla dzieci (Snake dance). Dzieci ustawiały się w kilku rzędach, a na czele każdego stał opiekun z bębnem, który prowadził kolejkę. Kiedy kilka "wężów" dzieci zaczęło się przeplatać wszyscy mieli wielki ubaw. Po tych tańcach wodzirej zapraszał do tańca poszczególne grupy: wojownicy, kobiety, kawalerów itd. W tańcach dominował "Round Dance", ale można było zobaczyć także "Crow Hoop" i "Traditional Dance" (ale nie taki jak tańczy wiele osób w Polsce). I tak do późnej nocy. Na koniec jeszcze niestrudzeni bębniarze śpiewali najbardziej znane i lubiane na Weeku pieśni. Musze przyznać, że wrażenie jest ogromne kiedy stoi się obok tego potężnego bębna i śpiewa razem z 300 osobami.
Następnego dnia rozpoczął się trwający 2 dni Hot Dance. Taniec, a właściwie ceremonia ta znana była pośród wielu plemion prerii i nie tylko pod nazwą Omaha Dance lub Grass Dance. Historia tego tańca wywodzi się z okresu rezerwatowego. Kiedy młodzi wojownicy nie mogli już wyruszać na wyprawy wojenne a potrzebowali dotknięć w wiosce organizowano Hot Dance. Kobiety w ogromnym kotle gotowały mięso. Wojownicy długo tańczyli wokół gotującego się mięsa aż w pewnym momencie wojownik, który chciał mieć zaliczone dotknięcie musiał włożyć rękę do kotła i wyciągnąć kawałek mięsa. Etnolodzy, którzy przebywali w wiosce obserwując ceremonie zanotowali, że nigdy nie zauważyli poparzeń na dłoniach wojowników. Oczywiście na Weeku tancerze nie wkładali rąk do gotującej zupy - wyglądało to trochę inaczej. Hot Dance był połączony z ceremonią rozdawania prezentów i był prowadzony przez naszych przyjaciół. Pierwszego dnia wszyscy najlepsi tancerze zebrali się przed jednym tipi i nastąpiło przygotowanie do ceremonii rozdawania prezentów. Główny prowadzący miał z sobą ok. 40 patyczków zakończonych piórkiem. Jak się dowiedzieliśmy patyczki te przeznaczone były dla szczególnie wybranych osób, które zostaną zaproszone do specjalnego tańca (Honor Dance). Te 40 osób zostało wybrane rok wcześniej przez grupę prowadzących ceremonię jako osoby szczególnie wyróżniające się na Weeku. O wybraniu tych osoby decydowały: jego pracowitość, szczególnie ozdobiony strój lub nakrycie głowy, sposób tańczenia oraz to jakim jest przyjacielem. Grupa tancerzy wraz z całym pochodem ruszyła między tipi. Kiedy dochodzili do tipi jednej z wybranych osób wołali ją. Wtedy prowadzący przedstawiał daną osobę wymieniając jej zalety i wręczał patyczek z piórem. Wówczas tancerze rozpoczynali taniec dla tej osoby i ruszali do kolejnego tipi. Jeśli zdarzyło się, że właściciela tipi nie było w domu prowadzący wbijał patyczek w ziemię obok wejścia. I tak przez kilka godzin ok. 40 osób zostało zaproszone na mającą się odbyć następnego dnia ceremonie rozdawania prezentów i Hot Dance. Warunkiem zatańczenia Honor Dance dla tych 40 osób było przyniesienie prezentów.
Następnego dnia koło godziny 16 wszyscy zebrali się wewnątrz głównego kręgu. Poza kręgiem stali ci wybrani z prezentami. Po kolei wchodzili do kręgu. Układali prezenty na kocu i wówczas prowadzący prowadził osobę wokół kręgu przedstawiając ją i wymieniając jakie przyniósł prezenty, a im były większe tym bardziej ludzie w kręgu wiwatowali na ich cześć. Kiedy już wszyscy dali prezenty i zostali przedstawieni na kocu zebrała się wielka kupa prezentów. Były wśród nich same rarytasy: koce z Hudson Bay, jelenie skóry, ircha, wyroby z koralików...
Wtedy prowadzący zapowiedział Honor Dance. Wszyscy wybrani wyszli na środek i rozpoczął się taniec tylko dla nich. Podczas tańca wszyscy wstali aby oddać im honor. Po skończeniu Honor Dance tancerze podchodzili do prezentów i zanosili je do losowo wybranych osób. Patrzyliśmy oszołomieni jak prezenty znikają wędrując do osób, które w ogóle się tego nie spodziewały. I my nie zostaliśmy pokrzywdzeni - dostaliśmy parę prezentów m.in. całą skórę z jeżozwierza!
Po tej ceremonii nastąpił Hot Dance, w którym brali udział tylko najlepsi tancerze. Najpierw rzędem weszli do kręgu. Potem nastąpiło wniesienie kociołka z ugotowanym mięsem. Tancerze wykonywali taniec wokół kociołka 4 razy podchodząc do niego i oddalając się. Za czwartym razem jeden z tancerzy podniósł kociołek w geście zdobycia. Po tym tańcu prowadzący brał kociołek, nabijał na specjalnie przygotowany patyk kawałek mięsa i wkładał go do ust tancerzy oraz wszystkich osób, którzy w jakiś sposób uświetniali ta ceremonię (np. bębniarzy). Na koniec odbył się ostatni taniec, w którym brał udział tylko prowadzący oddając honor 4 kierunkom świata.

Wejscie na Hot Dance Taniec wokół kociołka

Kolejne dni także obfitowały w różne spotkania i imprezy. Był dzień lepienia z gliny, kiedy każdy mógł sobie coś ulepić a ostatniego dnia był budowany piec, gdzie wszystko było wypalane. Był też cały dzień poświęcony Indianom leśnym (Iroquis day) oraz dzień wojowników (Warrior day) z nauką tańców, pieśni i zwyczajów typowych dla wojowników łącznie z polowaniem na bizony (oczywiści fikcyjne). Wolny czas wypełnialiśmy długimi rozmowami z naszymi przyjaciółmi (można się z nimi świetnie dogadać po angielsku) oraz częstymi odwiedzinami w sklepikach.
Te kilka dni były dla nas ogromnym przeżyciem. Każdy z nas miał uczucie jakbyśmy się przenieśli do czasów, o których chyba wszyscy marzą z utęsknieniem. I to nie prawda, że w Polsce nigdy tak nie będzie. Jesteśmy już bardzo blisko tego klimatu jaki odczuliśmy u nich, co widać było na ostatnim zlocie. Ważne tylko żeby nam się chciało tak "bawić", żeby wspólne śpiewanie pieśni i tańczenie sprawiało nam ogromna radość, przynajmniej tak wielką jak wspólne picie piwa i rozmowy do białego rana.

GALERIA ZDJĘĆ:

Krąg i backresty Wewnątrz kręgu przygotowane fotele (backresty) dla najlepszych tancerzy.
Wspólny taniec Wspólny taniec po ceremonii Hot Dance. Oczywiście nie mogło i mnie tam zabraknąć.
Rozdawanie mięsa Po skonczonej ceremonii prowadzący podaje na patyczku mięso dla tych, który przyczynili się do przeprowadzenia ceremonii Hot Dance, a więc i bębniarzom.
Polowanie na bizony Przygotowanie do polowania na bizony (bizony naradzaja się jak upolować wojowników :-)
Sabina i Aneta Sabina i Aneta w wirze tańca!
Jeden z tancerzy Jeden z najlepszych tancerzy i pieśniarzy zarazem.